UWAGA!

Czytasz = komentujesz. Dla Ciebie, to kilka słów, a dla mnie dodatkowa motywacja do pisania :)

19 września 2013

Rozdział II

Hej, hej :)
Zapraszam na drugi rozdział i mam ogromną prośbę: Jak przeczytacie to skomentujcie, proszę. Chcę zobaczyć, ile osób to czyta. Z góry dziękuję :D


    Patrzyłam na niego jakbym widziała go pierwszy raz w życiu. Tym razem, zamiast grymasu wściekłości, na jego twarzy był cyniczny uśmieszek. Intuicyjnie wyczuwałam jego wyraźną niechęć do mnie. Miałam ochotę odwrócić się i pójść sobie dla świętego spokoju, ale postanowiłam zachować się dojrzale. Nie chciałam też dać po sobie znać, że mocno wstrząsnął mną swoim porannym wybuchem.
    Dyrektorka nieświadoma napięcia, z szerokim uśmiechem pchnęła mnie w stronę chłopaka. 
- Jaselle, to Kastiel Martinez – już otwierałam usta, aby wyjaśnić jej, że ja już go poznałam i nie uśmiecha mi się perspektywa całych pięciu dni z tym bufonem. Jednak kobieta za nic nie dawała mi dojść do słowa. – Cóż, bardzo chciałam, żeby oprowadzał cię ktoś bardziej odpowiedzialny… – zerknęła z lekko zmarszczonym czołem na Kastiela -… ale wszyscy mieli już inne plany. 
    Brzmiało to bardzo wiarygodnie, ale znałam ludzi i wiedziałam o co tak naprawdę chodzi. Po prostu nie chcieli niańczyć „nowej”. Czerwonowłosy też nie miał na to najmniejszej ochoty. To było widać. Zastanawiałam się, dlaczego się zgodził. Moje przemyślenia przerwała dyrektorka:
- Wybrałam Kastiela, ponieważ ma kilka grzeszków na koncie i musi odpokutować – nie mogłam zaprzeczyć. Ktoś z takim wyglądem i blizną, zwłaszcza z taką blizną, na pewno co nieco nabroił. No, ale nikogo nie można oceniać po pozorach. Mimo to wiedziałam, że aniołkiem to on nie jest. – Zostawiam was. Kastiel, nie sprowadź jej na złą drogę, proszę.
    W odpowiedzi chłopak burknął coś cicho i miałam wrażenie, że to nic pochlebnego na temat dyrektorki i pewnie mój. Kobieta odeszła, ja stałam nie wiedząc co robić, a Kastiel jak gdyby nigdy nic zapalił papierosa. Mój żołądek automatycznie wywinął koziołka jak zawsze, kiedy poczułam dym spalonego tytoniu. Zignorowałam to jednak i rozłożywszy plan lekcji zobaczyłam biologię jako pierwszą lekcję w sali 18A. Odwróciłam się do chłopaka i zapytałam:
- Dobra, pokaż mi gdzie jest sala 18A. Konkretniej, pracownia biologiczna.
- A co? Taka tępa jesteś, że sama nie trafisz? – sarknął. 
- „Co za dupek!” – pomyślałam wzburzona, a na głos powiedziałam:
- Korona ci z głowy nie spadnie. I wcale nie jestem tępa!
- Czyżby? – uniósł kpiąco brew. – Ech… Chodź. Tylko się nie zgub, bo ja nie będę cię szukał. Będziesz musiała radzić sobie sama – i ruszył w stronę szkoły. Ledwo mogłam za nim nadążyć. Po kilku minutach przystanął przed mahoniowymi drzwiami. Już odwracał się żeby odejść, ale zatrzymał się i rzucił:
- Będę na ciebie tutaj czekał po lekcji, skoro już muszę wszędzie z tobą łazić.
- Nie myśl sobie. Ja też nie jestem szczęśliwa – odparowałam, a potem dotarło do mnie co powiedział. – A ty? Nie idziesz na zajęcia?
- Chyba śnisz! Chodzę na lekcję kiedy chcę, a ty nie jesteś moją matką.
- Jak sobie chcesz – wzruszyłam ramionami i weszłam do klasy.
    Natychmiast wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Zdałam sobie sprawę, że jestem spóźniona i czeka mnie koszmar przedstawiania się przed tymi ludźmi. Na moje szczęście nauczycielka zapytała mnie tylko jak się nazywam, skąd przyjechałam i czy podoba mi się Słodki Amoris. Odpowiedziałam, że: nazywam się Jaselle McEvans, przyjechałam z Paryża i tak, podoba mi się szkoła. Na słowo „Paryż” dobiegło mnie zazdrosne westchnienie żeńskiej części klasy. Następnie biolożka poleciła mi usiąść obok srebrnowłosej dziewczyny. Kurczę! Miałam nadzieję, że przez jakiś czas uda mi się pozostać niezauważalną. Wzięłam się jednak w garść i wślizgując się na miejsce obok niej, wyszeptałam:
- Hej. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że tu usiadłam – w odpowiedzi srebrnowłosa szeroko się uśmiechnęła: 
- Żartujesz? Pewnie, że nie mam. Rozalia jestem.
- Jaselle, Jas, Ella, jak kto woli – rozluźniłam się. Wystarczył jeden rzut oka by stwierdzić, że ma przepiękne rysy twarzy i oczy. Wydawało się, że płoną czystym złotem. Nigdy wcześniej nie widziałam podobnych oczu. Oceniłam, że jako przyjaciółka jest lojalna i oddana, ale jeżeli ktoś nadepnie jej na odcisk to potrafi być mściwa i żądna zemsty.
- Jas jest ładnie… Powiedz mi, naprawdę mieszkałaś wcześniej w Paryżu? Jak tam jest? Często chodziłaś pod wieżę Eiffla? Dużo jest butików? – zasypała mnie pytaniami jak z karabinu maszynowego. Cała lekcja minęła nam na rozmowie. Nie zapamiętałam ani słowa z tego co mówiła nauczycielka. 
    Po głowie chodziła mi też myśl, czy Kastiel będzie na mnie czekał. W sumie mogłam poprosić Rozalię o oprowadzenie, ale dopiero co ją poznałam i nie chciałam się jej narzucać. Powinnam była jednak docenić chłopaka, bo czekał pod klasą z kwaśną, bo kwaśną miną, ale czekał. Nie powiem, ucieszyłam się na jego widok. Nie tak jak niektóre głupie nastolatki, co ślinią się na widok nowo poznanego chłopaka. Po prostu zrobiło mi się miło.
    Siedziałam z Rozalią na każdej lekcji. Byłam jej wdzięczna za dotrzymywanie mi towarzystwa. Opowiadała mi o nauczycielach, o ludziach. Dowiedziałam się, że królową szkoły jest niejaka Amber, siostra Nataniela – głównego gospodarza. Ani dziewczyny, ani chłopaka nie miałam okazji poznać. Miałam szczerą nadzieję, że nie będzie mi dane poznać Amber. Nie znosiłam takich osób. Obnosiły się markowymi ciuchami i wysługiwały słabszymi.
    Z Kastielem spędzałam przerwy. Wkurzało mnie jego nastawienie: „Za jakie grzechy muszę ją niańczyć?” Jednak nie dawałam tego po sobie poznać, bo chłopak mnie intrygował. Kończąc lekcje i wychodząc z nim na dziedziniec zauważyłam, że do paska ma przytroczony długopis. Tak, to naprawdę dziwne. Przecież długopis ma każdy. Tylko, że ja potrafiłam stwierdzić, że to tak na serio nie jest długopis. Był to kubotan, czyli narzędzie do samoobrony. Może mieć różną postać. Ja na przykład miałam wersję: breloczek do kluczy. Na jednym końcu zwykle ma metalowe, szpiczaste zakończenie. Końcówkę wbija się we wrażliwe miejsca przeciwnika. 
    Zastanawiało mnie po co Kastielowi kubotan. Nie wyglądał na kogoś, kto boi się chodzić sam ciemną uliczką. Postanowiłam trochę to wybadać. Na dziedzińcu stanęłam przed nim i zapytałam:
- Ej, Kastiel. Zamierzasz tym długopisem atakować sprawdziany z jedynkami?
- Nie twój interes, mała – warknął i schował kubotan do plecaka. Coś mi tu nie grało.
- Nie żartuj. Wiem co to jest. Czemu nie chcesz mi powiedzieć. Ja… – przerwało mi wredne parsknięcie:
- Proszę, proszę. Kogo mu ty mamy. Li, popatrz. To przecież ta nowa. Dawaj kasę, bo jemy dziś na mieście.
- Chyba śnisz, księżniczko – roześmiałam się. Nie dam satysfakcji tej głupiej, pustej lalce. – Jeżeli chciałaś jeść na mieście, to trzeba było sobie pieniążki wziąć z domku. Ktoś ci nie dał biedaczko? Jakże mi przykro – to było bardzo wredne, wiem, ale takie dziewczyny działają mi na nerwy.
- Oj, to nie było miłe – Amber wzięła zamach i już chciała mnie popchnąć, ale zareagowałam błyskawicznie. Złapałam ją za rękę i jednym ruchem obróciłam tyłem do mnie. Drugą ręką przytrzymałam ją lekko za szyję. Tak żeby przestraszyć. Unieruchomionej szepnęłam do ucha:
- Mam czarny pas w krav madze. Mogę jednym uderzeniem złamać ci kręgosłup. Lepiej bądź dla mnie miła – zachowałam się agresywnie, ale chciałam dać jej do zrozumienia, że ze mną się nie zadziera.
    Puściłam ją i Amber szybko pobiegła w stronę szkoły. Na długo nie da mi spokoju, ale może przez jakiś czas będzie trzymała się ode mnie z daleka. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Kastiel patrzy się na mnie z szeroko otwartymi ustami. Już miałam się uśmiechać, kiedy zauważyłam Ich. Trzech mężczyzn w czarnych strojach. Wyglądali trochę jak najarani ninja. Obserwowali mnie cały dzień, a najbardziej czujni byli, kiedy byłam z Kastielem. Zwróciłam mu na to uwagę:
- Kas… Słuchaj… Eee… Czemu ci mężczyźni się na nas gapią?
- Co? Jacy mężczyźni? – odwrócił się i czy mi się wydawało? Czy on pobladł? Położyłam mu rękę na ramieniu, ale strącił ją i podszedł do „ninja”. 
    Obserwowałam ich z niepokojem.  Nie słyszałam ich rozmowy, ale ewidentnie o coś się kłócili. Jeden z trzech wyglądał jakby chciał uderzyć Kastiela. Chłopak coś powiedział i nagle wszyscy, jak jeden mąż odeszli. 
    Już miałam podejść do niego, ale on w dwóch susach znalazł się przy mnie i mocno ścisnął mnie za ramiona, mówiąc:
- Piśnij komuś chociaż słówko o tym co przed chwilą widziałaś, a uczynię twoje życie istnym piekłem.
- Słucham? Czemu mam nie mówić? Kastiel, a jeżeli chcieli ci zrobić krzywdę? I co takiego możesz mi zrobić?
- Lepiej mnie posłuchaj. Powiedzmy, że wiem o tobie coś, co bardzo chcesz ukryć przed wszystkimi – to powiedziawszy odszedł w kierunku swojego lamborghini.
    Zatkało mnie. Skąd on wie? Nikomu tego nie mówiłam. Zmarszczyłam brwi. Chłopak też ewidentnie coś ukrywał. Coś mi tu śmierdziało. I to wcale nie ta psia kupa, w którą przed chwilą wdepnęłam. Muszę to rozgryźć. Muszę odkryć jaką tajemnicę skrywa Kastiel Martinez. Wskazówki mogłam znaleźć tylko w jednym miejscu.

1 komentarz:

  1. Fajna fabuła, podoba mi się :) Uwielbiam opowiadania o chłopakach z SF-a <3 Intryguje mnie tajemniczość :D Na pewno będę tu zaglądać :) Życzę weny :P

    OdpowiedzUsuń

Weszłaś/wszedłeś = skomentowałaś/eś.
Byłabym wdzięczna KAŻDEJ osobie, która zostawi po sobie jakiś mały, maleńki ślad. Dla Was to kilka słów, a dla mnie kilka kilogramów więcej motywacji :)