Hejo :)
Przychodzę z pierwszym rozdziałem, który szczerze mówiąc jest nudnawy <przynajmniej dla mnie>, ale jako że były to moje początki pisania, proszę o zrozumienie ;P Nie przedłużając, miłego czytania <3
Idąc do szkoły próbowałam zapomnieć o
tym, że to mój pierwszy dzień w liceum o jakże zachęcającej nazwie – "Słodki
Amoris". Wyobrażałam sobie to miejsce jako duży, zbudowany w barokowym stylu,
różowy budynek. W najgorszym razie miał ozdobne serduszka na murach. Fuj.
Nie rozumiałam, dlaczego rodzice
postanowili przeprowadzić się do innego miasta na drugim końcu kraju.
Oczywiście wiązało się z tym zapisanie mnie do nowej szkoły. Owszem, w moim
byłym liceum nie było bezpiecznie od kiedy zostały zamordowane dwie dziewczyny,
a sprawcami byli uczniowie. Mama prawie umierała ze strachu, kiedy wracałam do
domu później niż powinnam. W końcu przerosło ją to i razem z tatą zdecydowała
się na przeprowadzkę. Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie to, że z
Paryża pojechaliśmy do Nicei. W nowym miejscu czułam się wyobcowana i nie
potrafiłam nawiązać z nikim kontaktu. Szansą miała być nowa szkoła.
W drodze do ogólniaka czytałam
książkę i słuchałam rocka. Nic nie poprawiało mi bardziej humoru niż kojące dźwięki
zespołów takich jak Di - Rect czy Alter Bridge. Miałam specyficzny gust
muzyczny. Lubiłam rock i metal, ale słuchałam także popu i czasami ballad.
Często pytano mnie czego słucham, a kiedy wymieniałam różne zespoły nie mające
ze sobą nic a nic wspólnego, ludzie wytrzeszczali oczy i odchodzili z dziwnym
wyrazem twarzy. Wyzwaniem dla każdego było kupowanie mi płyt na urodziny. To
było jak ruletka: „Trafię czy nie trafię”.
Fabuła książki tak mnie wciągnęła, że
nie widziałam gdzie idę. Nagle usłyszałam przeraźliwy pisk opon i poczułam
okropny smród palonej gumy towarzyszący gwałtownemu hamowaniu. Przede mną
zatrzymało się lśniące, czerwone lamborghini. Głowiłam się, kto może jeździć
takim samochodem. Do głowy przychodzili mi tylko miliarderzy i szefowie mafii.
Z auta wysiadł wysoki, muskularny
chłopak z czerwonymi włosami. Na nosie miał Ray – Bany, a na ramiona zarzucił
czarną ramoneskę. Byłby przystojny, gdyby rysów twarzy nie szpeciła mu długa,
biegnąca od oka do kącika ust blizna. No i może wyraz twarzy. Był zły. Nie, to
za mało powiedziane. Był wściekły. Dłonie zacisnął w pięści i zmierzał ku mnie
ciężkimi krokami. Szybko wyjęłam słuchawki z uszu.
- Czyś ty zwariowała, idiotko?! – wrzasnął na
całą ulicę. Podniosłam na niego oczy i na widok jego miny zdołałam wykrztusić.
- C – co?
- Kretynko! Stajesz na środku przejścia dla
pieszych na czerwonym świetle! Ślepa jesteś, czy co?
- Prze – przepraszam. Nie zauważyłam. –
wyjąkałam.
- No tak. Pewnie. Czytasz książkę, słuchasz
muzyki i świata Bożego nie widzisz. Na drugi raz myśl co robisz, bo mogłoby się
to skończyć dla ciebie gorzej. Dla mnie zresztą też – to powiedziawszy,
odjechał, zostawiając mnie całą roztrzęsioną.
Rozejrzałam się dookoła. Ludzie
patrzyli na mnie jak na nienormalną. Nie wytrzymałam i syknęłam:
- Przedstawienie skończone. Do widzenia.
Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam
do szkoły. Kiedy dotarłam na miejsce, zrozumiałam, że moje wyobrażenie o liceum
było zupełnie bezpodstawne. Potężny, oszklony budynek z ogromnym dziedzińcem i
dobudowaną halą wydawał się być nie szkołą, a jakimś biurowcem.
Weszłam do środka i zorientowałam
się, że nie wiem, co mam teraz zrobić. Przypomniałam sobie instrukcję mamy:
„Jaselle, musisz iść do dyrektorki, poprosić o potrzebne dokumenty, jeżeli
jakieś nie zostały wypełnione, a potem rozpocząć lekcje.”
Tak. Znaleźć dyrektorkę? W tym
gmaszysku? Niemożliwe. Bez mapy mi się to nie uda.
- Pomóc ci w czymś? – dopóki nie zadano mi tego
pytania, nie zorientowałam się, że mówię na głos. Obróciłam się i zobaczyłam
wysoką szatynkę o czekoladowych oczach. Wydawała się miła.
- Tak. Nie mogę znaleźć dyrektorki. W sumie to
nawet nie próbowałam. – uśmiechnęłam się. – A tak w ogóle to jestem Jaselle,
ale wszyscy mówią na mnie Jas lub Ella.
- Miło mi cię poznać. Melania – wyciągnęła rękę,
którą chętnie uścisnęłam. – Chodź zaprowadzę cię do dyrektorki. Uwierz mi –
poradzisz sobie bez mapy.
Poprowadziła mnie długim korytarzem.
Myliła się. Bez mapy tutaj zginę. Straciłam rachubę, licząc zakręty i schody. W
końcu zatrzymałyśmy się przed mahoniowymi drzwiami opatrzonymi tabliczką:
„Dyrektor M. Henderson”. Podziękowałam Melanii i zapukałam.
- Proszę – usłyszawszy zaproszenie, uchyliłam
drzwi i wślizgnęłam się do środka. - Dzień dobry. Nazywam się Jaselle McEvans.
Jestem nową uczennicą – przerwałam, nie wiedząc, co dodać.
- Ach, to ty. Proszę, tutaj masz plany liceum i
obowiązujących zajęć. Na pewno ci się przydadzą. Dokumenty masz skompletowane,
niczego nie brakuje. Dobrze. A, byłabym zapomniała. Wyznaczę ci ucznia, który
będzie ci towarzyszył przez tydzień. Oprowadzi cię po szkole, pomoże trafić do
sal. Idź teraz do biblioteki i przyjdź za 15 minut – dyrektorka uśmiechnęła
się do mnie.
- Dziękuję. Do widzenia. – Zgarnęłam z biurka
plany i wyszłam.
Przeszukałam wzrokiem rozmieszczenie
sal na planie i odnalazłam gabinet dyrektorki, a zaraz potem bibliotekę. Nie
miałam większych trudności ze znalezieniem jej. Znajdowały się na tym samym
piętrze.
Siedziałam w czytelni i nikt mnie nie
zagadnął. Trudno się dziwić. Jestem nowa. Najwyraźniej sama muszę zająć się
szukaniem znajomych. Jak na razie poznałam tylko Melanię. No, ale czego ja się
spodziewałam…
Po piętnastu minutach wróciłam do
dyrektorki. Nie widziałam żadnego towarzyszącego jej ucznia. Podeszłam do niej
i zapytałam:
- Przepraszam… - nie dokończyłam, bo odwróciła
się i powiedziała:
- Tak, tak. Chodź za mną.– zaprowadziła mnie na dziedziniec. Zobaczyłam
tam czerwonowłosego, który rano wydarł się na mnie. – Jaselle, poznaj proszę
Kastiela.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Weszłaś/wszedłeś = skomentowałaś/eś.
Byłabym wdzięczna KAŻDEJ osobie, która zostawi po sobie jakiś mały, maleńki ślad. Dla Was to kilka słów, a dla mnie kilka kilogramów więcej motywacji :)