UWAGA!

Czytasz = komentujesz. Dla Ciebie, to kilka słów, a dla mnie dodatkowa motywacja do pisania :)

30 grudnia 2013

Rozdział IV

I zapraszam na czwarty rozdział ;)
Wybitnie szybko się pojawił jak na mnie ^^


Następnego dnia ciężko zwlokłam się z łóżka i powłócząc nogami poszłam do łazienki. Popatrzyłam w lustro, odbijała się w nim pociągła twarz otoczona miodowozłotymi falami. Błękitne oczy w oprawie gęstych, czarnych rzęs, dzisiaj były czerwone i zapuchnięte. Sine wory, przywodziły na myśl wampira.
Odkręciłam zimną wodę pod prysznicem. Nic nie budzi mnie bardziej od porannego orzeźwiającego prysznica. Stałam pod lejącym się strumieniem i usiłowałam odepchnąć od siebie wspomnienia nocnego koszmaru. Na nic mi to było, bo one uparcie wracały jak bumerang. Nie wierzyłam w prorocze sny, ale ten był tak realistyczny… Po policzku spłynęła mi jedna łza. Kastiel, pistolet, ja… Tego było już za wiele.
Myśląc o chłopaku, przypomniałam sobie o dzisiejszej akcji. Owinięta puchatym ręcznikiem, wpadłam do pokoju. Z szafy wyjęłam czarne, metaliczne rurki. Do tego dopasowałam również czarną, ale wyszywaną maleńkimi srebrnymi koraliczkami tunikę. Na nogi założyłam kozaki na sześciocentymetrowej szpilce. Przy moim wzroście – metr pięćdziesiąt sześć – wysoki obcas był wskazany. Sprawiałam wrażenie starszej. Nie przejmowałam się tym, czy będę miała w szkole problemy tak ubrana. Widziałam dziewczyny, który były bardziej nieodpowiednio ubrane. Na ramię zarzuciłam torbę i znalazłam się na dole moim ulubionym sposobem – zjechałam po poręczy.
Rodziców już nie było, więc nie przejmując się śniadaniem, złapałam rogalika i butelkę soku pomarańczowego. Sok wrzuciłam do torby, a croissanta zjadłam w biegu. Zatrzymałam się przed drzwiami do garażu. Nadal nie byłam pewna, czy powinnam to zrobić, ale machnęłam ręką i weszłam do środka. Mijałam volvo, mercedesy, a nawet jedno porsche. Nie zwracałam na nie uwagi – kierowałam się w stronę lśniącego, czarnego Harleya Davidsona. Na głowę włożyłam kask i z głośnym warkotem wyjechałam z garażu.
Czułam się cudownie, pędząc tak po drodze. Wstające spod kasku włosy, rozwiewał mi wiatr. Zawsze miałam wrażenie, że jestem wolna, jadąc motorem. Mimo to, byłam niespokojna. Bałam się, że nie uda mi się dowiedzieć czegoś o Kastielu.
Zahamowałam przed szkołą, zamiatając kołem. Zdjęłam kask i odrzuciłam włosy do tyłu. Kluczyki schowałam w kieszeni. Zauważyłam, że czerwonowłosy stoi przed wejściem, przyglądając mi się. Już wiedziałam jak przypnę mu podsłuch i nadajnik. Było to upokarzające, ale musiałam spróbować.
Podeszłam do chłopaka z szerokim uśmiechem. Stanąwszy przed nim, rzuciłam mu się na szyję, wołając:
- Kastiel! Cieszę się, że cię widzę – za kołnierzyk koszulki wpięłam „pluskwę”. GPS nie zdążyłam, bo chłopak odepchnął mnie mocno. Złapał moją rękę i zaciągnął na pusty korytarz. Zatrzymawszy się, puścił mnie i skrzyżował ręce na piersi. Patrzył wyczekująco, czekając aż sama wytłumaczę się z tego co zrobiłam. Ja wpatrywałam się twardo w jego oczy. Żadne z nas nie chciało ustąpić. W końcu Kastiel nie wytrzymał i krzyknął:
- Co ty sobie myślałaś?! Co to miało być? 
- Nic. Ja tak tylko… Po prostu się ucieszyłam na twój widok – w głębi ducha śmiałam się z całej sytuacji. On nie miał pojęcia, dlaczego to zrobiłam i ile mnie to kosztowało. 
- Ty, ty... – nie usłyszałam co dalej chciał mi powiedzieć, bo poczułam ostry ból głowy. Przed oczami zrobiło mi się ciemno i osunęłam się na ziemię.
***
Kiedy się ocknęłam, ktoś przykładał mi coś zimnego i mokrego do głowy. Obok mnie siedział Kastiel ze zdziwioną miną, a nade mną pochylała się para złoto – turkusowych oczu. To nie tak, że były turkusowe ze złotymi punkcikami. Jedno oko było złote, a drugie turkusowe. Miały w sobie jakiś magnetyzm. Nie mogłam oderwać od nich wzroku.
- Boli cię jeszcze głowa? Jak się czujesz? – ten melodyjny głos sprawiał, że prawie się rozpływałam jak roztopione lody. Z trudem przestałam wpatrywać się w jego oczy i przeniosłam wzrok na całą twarz. Ujrzałam kwadratową, męską szczękę i białe włosy. Był nieziemski. Nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Usłyszałam wredne parsknięcie Kastiela:
- Ej, Lys. Nie wpatruj się w nią tak, bo znowu odleci… – Lysander. Roza chyba coś o nim wspominała, ale w tej chwili nie mogłam przypomnieć sobie co.
- Przepraszam cię bardzo. Nie wiedziałem, że stoisz za drzwiami. – Ach, a więc to on był winny mojego omdlenia. Wstałam i zachwiałam się. Lysander od razu przytrzymał mnie żebym nie upadła. 
- Nie, nie szkodzi. Nie mogłeś wiedzieć – nie mogłam się na niego gniewać. 
- Mimo to i tak przepraszam. Powinienem uważać.
- Spokojnie, nie wytoczę ci procesu – uśmiechnęłam się. – A tak à propos, to ile byłam nieprzytomna?
- Nie martw się. Zdążysz na lekcje kujonku – wtrącił się Kastiel. – Chodź. Zaprowadzę cię do klasy. Tylko nie mdlej po drodze.
Westchnęłam i ruszyłam za chłopakiem. Odwróciłam się jeszcze do białowłosego i powiedziałam:
- Dzięki za pomoc. Może się jeszcze zobaczymy – to powiedziawszy, pobiegłam za oddalającym się Kastielem.
Zastanawiało mnie skąd czerwonowłosy wie, gdzie mam lekcję, ale postanowiłam nie zaprzątać sobie tym głowy. Przechodząc obok biblioteki zauważyłam Melanię. Pomachałam do niej, a ona w odpowiedzi podbiegła do mnie i szarpnęła za rękę.
- Jas, Nataniel cię wzywa. Nie jest zadowolony. Coś narobiła? Nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Ja? Nic. Nie wiem o co mu chodzi – popatrzyłam zdziwiona na Kastiela, a ten tylko wzruszył ramionami z miną mówiącą: „To nie ja. Na mnie nie patrz.” Ze zmarszczonym czołem dałam się prowadzić Melanii. Przed drzwiami do pokoju gospodarzy przytuliła mnie mocno i szepnęła:
- Trzymaj się.
Odetchnęłam głęboko i zapukałam. Odpowiedziało mi ostre „Proszę”. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Za jasnym biurkiem siedział niebieskooki blondyn, w perfekcyjnie wyprasowanej koszuli i błękitnym krawacie. Brakowało mu tylko okularów i wyglądałby jak dyrektor. Stanęłam naprzeciw niego zakładając ręce na piersi. Nic nie zrobiłam, więc może mnie tylko pocałować w miejsce, gdzie plecy trącą swą szlachetną nazwę. Nataniel wstał i oparł ręce na blacie i wycedził:
- Co to miała być za akcja wczoraj?    
- Nie wiem o czym mówisz. Ja nic nie zrobiłam
- Dobrze wiesz o co mi chodzi. O Amber i to jak ją potraktowałaś.
- Amber? O Amber?! Człowieku, czy ty wiesz co ona chciała mi zrobić? – wybuchłam. Ten gość nie wie co wyprawia jego siostrzyczka.
- Nie wiem co chciała zrobić tobie, ale wiem, że ty chciałaś ją udusić.
- Jesteś zaślepiony! To była obrona własna i nie miałam zamiaru jej dusić. Przytrzymałam ją tylko, bo inaczej popchnęłaby mnie. Radzę ci trochę bardziej zainteresować się tym co wyprawia twoja siostra, a nie szukać winnych w całej szkole.
- Jeszcze jedno słowo i cię zawieszę. Obiecuję. Na razie masz upomnienie. Obym cię więcej nie musiał wzywać – zabrzmiało to jak groźba.
Wkurzona wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami. O ścianę opierał się Kastiel. Na mój widok rozpromienił się. Wyczułam, że to może być moja ostatnia szansa na przyczepienie nadajnika. O którym tak szczerze mówiąc trochę zapomniałam. Podeszłam do niego i zaczęłam monolog, żywo gestykulując:
- Jak ja go nienawidzę! Jak go nie cierpię! Głupi ważniak. Myśli, że wszystko mu wolno. I ta jego siostrzyczka nie lepsza. Idealnie do siebie pasują. Mam. Go. Serdecznie. Dość! – przy słowie „Dość” walnęłam Kastiela w ramię, przyczepiając GPS.
- Auu. Nie musisz się na mnie wyżywać – mówiąc to rozmasowywał sobie ramię. – Lepiej chodź już do klasy, bo uszkodzisz kogoś. Na przykład mnie.
Cały dzień chodziłam wzburzona i wściekła. Nawet Rozalia trzymała się ode mnie z daleka. Nauczyciele nie pytali mnie o nic bojąc się, że wybuchnę. Skończywszy zajęcia, zaczekałam aż Kastiel wsiądzie do swojego wozu. Na kierownicę motoru przyczepiłam mały ekranik, który pokazywał mi trasę chłopaka. Jadąc tak za nim myślałam o Natanielu. Wydawał się takim kujonkiem. Grrr… Wkurzył mnie na maksa. Zacisnęłam ręce mocniej na kierownicy tak, że pobielały mi kłykcie.
Nagle GPS zaczął pulsować. Chłopak dojechał. Dojechał do olbrzymiego kasyna. Nad wejściem był napis świecący co chwilę innym kolorem „Casino Ruhl”. Kasyno? Co on tu robi? Przecież nie jest pełnoletni. Mimo to wszedł bez problemu. Powiedział tylko coś do bramkarza, a ten od razu otworzył przed nim drzwi. 
Zaparkowałam motor. Całe szczęście, że mieszkając jeszcze w Paryżu znajomy wyrobił mi lewy dowód. Podeszłam do ochroniarza, który na mój widok oblizał wargi. 
- Pani do nas? Poproszę o dowód.
- Oczywiście. Już daję – pogrzebałam w torbie. Wyciągnęłam dowód, na którym było moje zdjęcie, a obok niego nazwisko Barnes. Niewyszukane. Proste.
- Pani Emily Barnes? Proszę – odetchnęłam z ulgą. Bramkarz otworzył przede mną drzwi. Zdążyłam tylko zobaczyć jak Kastiel znika w jakiejś osobnej sali. Usiadłam przy stoliku i zamówiłam Martini wstrząśnięte, niemieszane. Nie bez powodu. Czułam się jak James Bond. Tylko, że w wersji żeńskiej i młodszej.
Włożyłam słuchawkę do ucha i słuchałam. Najpierw był szum, chrobot, a potem usłyszałam słowa, które sprawiły, że zamarłam:
- Chłopaki, musimy pozbyć się tej nowej z liceum.

Nataniel…?!

27 grudnia 2013

Rozdział III

Wiem, wiem... "Trochę" minęło od ostatniego rozdziału... Nawet nie będę się usprawiedliwiać... Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że jeszcze ktoś tu zagląda :c 


    Wpadłam do domu jak burza. Torbę rzuciłam na podłogę i nie ściągając butów, popędziłam w stronę schodów prowadzących do piwnicy. Potykając się, zbiegłam na dół i zatrzymałam się dopiero przed ciężkimi, metalowymi drzwiami. 
    Wiedziałam, że będę miała ogromne kłopoty, jeżeli ktoś mnie tu nakryje. Mówiąc „ktoś”, mam na myśli mojego ojca. Był to jego tajny pokój. Nikt nie miał prawa do niego wejść. Od czasu przeprowadzki, tata prawie w ogóle nie wychodził ze swojego „gabinetu”. 
    Dokładnie obejrzałam drzwi. Można było otworzyć je tylko i wyłącznie szyfrem. Przeklęłam w duchu. Dałabym radę go złamać, ale musiałabym zabrać coś z pokoju. Zajęłoby mi to dużo, za dużo czasu. Zerknęłam na zegarek. Była szesnasta. Pamiętając, ze rodzice mieli wrócić koło siedemnastej trzydzieści, zorientowałam się, że mam około półtorej godziny na wykonanie całej akcji. Zacisnęłam zęby i pognałam do sypialni. 
     W środku panował tzw. artystyczny nieład. Spiesząc się do szkoły zapomniałam pościelić łóżko, a z szafy wywalały się przymierzane w pośpiechu ciuchy. Pokój był duży, przestronny i bardzo jasny. Wrażenie to sprawiały cztery wysokie okna na wschodniej ścianie. Nie miałam zbyt wielu mebli. Szafa, komoda, regał i mała nocna szafka w zupełności mi wystarczały. 
    Otworzywszy drzwi, swoje kroki skierowałam w stronę łóżka. Za zagłówkiem miałam maleńką wnękę. Trzymałam w niej rzeczy, których raczej nie znajdzie się w pokoju przeciętnej nastolatki. Rzeczy typu śrubokręt, nożyce do cięcia metalu i temu podobne. Przeszukałam wzrokiem „szafkę” i znalazłam to czego szukałam – „Łamacz szyfru”. Załapałam go i wraz ze śrubokrętem szybko zbiegłam na dół. 
    Tarczę z kodem ostrożnie odkręciłam i podpięłam „dekoder”. Mijały sekundy, a cyferki na liczniku leciały i leciały. Zdenerwowana spojrzałam na zegarek. Godzina. Nagle wyświetlacz rozbłysnął i ukazały się liczby: 2, 5, 7, 6, 7, 8, 9, 5, 0. Drżącą ręką wcisnęłam przyciski i podskoczyłam z radości. W zamku coś zachrobotało i drzwi się otworzyły. 
     Moim oczom ukazało się najróżniejsze składowisko, broni, sprzętów szpiegowskich, a nawet przebrań. Wiedziałam, że ojciec ma takie rzeczy, ale w życiu bym się nie spodziewała, że w takiej ilości. Ruszyłam ku nożom i rozglądałam się za takim, którego nie wykryje żaden wykrywacz metalu. Szukałam tego jednego, konkretnego. Czytałam etykiety, ale nigdzie go nie było. Panika. Jeżeli tutaj nie znajdę potrzebnych rzeczy to mogę zapomnieć o powodzeniu akcji. 
    Coraz szybciej przerzucałam broń. Nagle moje ręce natrafiły na obiekt poszukiwań. Pogładziłam czarny metal Karambitu, uśmiechając się pod nosem. Włożywszy nóż z powrotem do pokrowca, przymocowałam go sobie do paska. Zganiłam się w duchu za zapomnianą torbę. 
     Uradowana pierwszym sukcesem, zaczęłam szukać na sąsiednim regale lornetki daleko zasięgowej i przyciemnianych okularów. Z tym nie miałam większych problemów. Co najwyżej nie mogłam się zdecydować na kolor i model. Wbrew pozorom ja też przejmowałam się takimi rzeczami. Nie byłam tylko hakerką uzbrojoną w broń. 
    Troszkę więcej trudności sprawiło mi znalezienie podsłuchu i nadajnika GPS. Te maleństwa mogły być wszędzie. Błądziłam wzrokiem po półkach, czytałam informacje, ale nigdzie ich nie było. 
- „Spokojnie Jas. Wyluzuj. Musisz się skupić. Na pewno znajdziesz” – usiłowałam dopingować się w myślach. Wzięłam głęboki wdech. Policzyłam do dziesięciu. Chyba pomogło, bo po pięciu minutach znalazłam „pluskwę” i nadajnik. 
     Obrzuciłam spojrzeniem pokój i stwierdziłam, że nie widać w nim śladów mojej działalności. Dokładnie sprawdziłam, czy na sto procent wszystko wzięłam. Wyszedłszy, mocno zatrzasnęłam drzwi. W zamku coś kliknęło i na wyświetlaczu ponownie wyświetliła się informacja: „Wpisz kod”. 
     Wróciłam na korytarz i starając się zrobić to możliwie delikatnie, wrzuciłam rzeczy do torby. Zarzuciłam ją na ramię, a w sypialni ukryłam w szafie. Modliłam się, żeby jej rano nie zapomnieć, co przy mojej sklerozie było bardzo możliwe. 
*** 
- Jas, jak ci minął dzień? – zapytała mama stawiając przede mną talerz parującego spaghetti z tuńczykiem, który wprost ubóstwiałam. 
 - Jak każdy pierwszy dzień w nowej szkole. Jedna wielka niewiadoma – odpowiedziałam nawijając makaron na widelec. 
- Ej, na pewno nie było tak źle – cała mama. Zawsze tryska optymizmem. Z reguły poprawia mi to humor, ale nie dzisiaj. Od czasu wizyty w „gabinecie” taty byłam jakaś niespokojna, nerwowa… Mało tego, potwornie zaczęła boleć mnie głowa. Miałam wrażenie jakby ktoś na przemian walił mi w niej młotem pneumatycznym i młotkiem. Myślałam, że zwariuję. 
- Mamo, uwierz. To nigdy nie jest miłe. 
- Ależ kochanie, nie przesadzaj… 
 - Ann, daj jej spokój – przerwał mamie tata. – Mam wam coś ważnego do powiedzenia… 
Odwróciłam głowę w jego w stronę: 
- A co konkretnie? 
- Muszę wyjechać na kilka dni. Wzywają mnie do Paryża. 
 - Do Paryża? Po co? – „Błagam, żeby tylko nie chodziło o jedną z jego akcji”. 
- Jednostka mnie potrzebuje – „Boże! Czemu ty nigdy mnie nie słuchasz?!” 
 Dlaczego?! Dlaczego mój ojciec pracuje w oddziale antyterrorystycznym francuskiej żandarmerii narodowej? Praktycznie nigdy nie mieliśmy spokoju. Co jakiś miesiąc miał misje trwające mniej więcej dwa tygodnie. Do domu wracał posiniaczony lub poraniony. Całe szczęście, że nigdy nie było to coś bardzo poważnego. 
Nie mogąc słuchać dalszych wyjaśnień, wstałam od stołu mówiąc: 
- Przepraszam, ale źle się czuję. Pójdę się położyć – i nie czekając na odpowiedź rodziców zniknęłam na górze. Do moich uszu dobiegło jedynie zmartwione westchnienie mamy. 
 *** 
 Goniły mnie trzy zakapturzone postacie. Z prawej i lewej strony mojej głowy śmigały kule z pistoletu. Ledwo nadążałam przed nimi uskakiwać. Było ciemno. Nie wiedziałam, gdzie biegnę. Byle przed siebie. Byle przed nimi. Zarejestrowałam, że jestem gdzieś na totalnym zadupiu. Z jednej strony pola, z drugiej pola. Zachmurzone niebo i brak na nim gwiazd, sprawiały, że wyglądało to jeszcze bardziej przerażająco.
    Potykając się o wystające kamienie na ścieżce prułam naprzód. Nie oglądałam się za siebie bojąc się, że zobaczę ich tuż za swoimi plecami. Serce waliło mi w piersi, nogi odmawiały posłuszeństwa. Zapomniałam o podstawowych ruchach w krav madze. Czułam się tak jakby, włączono mi tryb awaryjny, który powtarzał: „Biegnij”. 
     Nagle zahaczyłam nogą o korzeń i upadłam prosto na twarz. Obróciłam się na plecy z głośnym jękiem. Poczułam jak ktoś chwyta mnie za włosy, ciągnie ku górze, a do skroni przykłada lufę. Kiedy uniosłam głowę, zobaczyłam, że patrzę w ciemnobrązowe oczy Kastiela... 
       Oblana potem, z głośnym krzykiem usiadłam na łóżku. Cała się trzęsłam i płakałam. Do pokoju wpadła mama i przytuliła mnie mocno, widząc w jakim jestem stanie. Głaszcząc mnie po plecach, szeptała uspokajająco: 
- Już dobrze kochanie. To był tylko sen. Już dobrze. 
    Kiedy się uspokoiłam, mama wyszła z pokoju, posyłając mi po raz drugi w tym dniu zmartwione westchnienie. Położyłam głowę na poduszce i wyczerpana zasnęłam.

19 września 2013

Rozdział II

Hej, hej :)
Zapraszam na drugi rozdział i mam ogromną prośbę: Jak przeczytacie to skomentujcie, proszę. Chcę zobaczyć, ile osób to czyta. Z góry dziękuję :D


    Patrzyłam na niego jakbym widziała go pierwszy raz w życiu. Tym razem, zamiast grymasu wściekłości, na jego twarzy był cyniczny uśmieszek. Intuicyjnie wyczuwałam jego wyraźną niechęć do mnie. Miałam ochotę odwrócić się i pójść sobie dla świętego spokoju, ale postanowiłam zachować się dojrzale. Nie chciałam też dać po sobie znać, że mocno wstrząsnął mną swoim porannym wybuchem.
    Dyrektorka nieświadoma napięcia, z szerokim uśmiechem pchnęła mnie w stronę chłopaka. 
- Jaselle, to Kastiel Martinez – już otwierałam usta, aby wyjaśnić jej, że ja już go poznałam i nie uśmiecha mi się perspektywa całych pięciu dni z tym bufonem. Jednak kobieta za nic nie dawała mi dojść do słowa. – Cóż, bardzo chciałam, żeby oprowadzał cię ktoś bardziej odpowiedzialny… – zerknęła z lekko zmarszczonym czołem na Kastiela -… ale wszyscy mieli już inne plany. 
    Brzmiało to bardzo wiarygodnie, ale znałam ludzi i wiedziałam o co tak naprawdę chodzi. Po prostu nie chcieli niańczyć „nowej”. Czerwonowłosy też nie miał na to najmniejszej ochoty. To było widać. Zastanawiałam się, dlaczego się zgodził. Moje przemyślenia przerwała dyrektorka:
- Wybrałam Kastiela, ponieważ ma kilka grzeszków na koncie i musi odpokutować – nie mogłam zaprzeczyć. Ktoś z takim wyglądem i blizną, zwłaszcza z taką blizną, na pewno co nieco nabroił. No, ale nikogo nie można oceniać po pozorach. Mimo to wiedziałam, że aniołkiem to on nie jest. – Zostawiam was. Kastiel, nie sprowadź jej na złą drogę, proszę.
    W odpowiedzi chłopak burknął coś cicho i miałam wrażenie, że to nic pochlebnego na temat dyrektorki i pewnie mój. Kobieta odeszła, ja stałam nie wiedząc co robić, a Kastiel jak gdyby nigdy nic zapalił papierosa. Mój żołądek automatycznie wywinął koziołka jak zawsze, kiedy poczułam dym spalonego tytoniu. Zignorowałam to jednak i rozłożywszy plan lekcji zobaczyłam biologię jako pierwszą lekcję w sali 18A. Odwróciłam się do chłopaka i zapytałam:
- Dobra, pokaż mi gdzie jest sala 18A. Konkretniej, pracownia biologiczna.
- A co? Taka tępa jesteś, że sama nie trafisz? – sarknął. 
- „Co za dupek!” – pomyślałam wzburzona, a na głos powiedziałam:
- Korona ci z głowy nie spadnie. I wcale nie jestem tępa!
- Czyżby? – uniósł kpiąco brew. – Ech… Chodź. Tylko się nie zgub, bo ja nie będę cię szukał. Będziesz musiała radzić sobie sama – i ruszył w stronę szkoły. Ledwo mogłam za nim nadążyć. Po kilku minutach przystanął przed mahoniowymi drzwiami. Już odwracał się żeby odejść, ale zatrzymał się i rzucił:
- Będę na ciebie tutaj czekał po lekcji, skoro już muszę wszędzie z tobą łazić.
- Nie myśl sobie. Ja też nie jestem szczęśliwa – odparowałam, a potem dotarło do mnie co powiedział. – A ty? Nie idziesz na zajęcia?
- Chyba śnisz! Chodzę na lekcję kiedy chcę, a ty nie jesteś moją matką.
- Jak sobie chcesz – wzruszyłam ramionami i weszłam do klasy.
    Natychmiast wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Zdałam sobie sprawę, że jestem spóźniona i czeka mnie koszmar przedstawiania się przed tymi ludźmi. Na moje szczęście nauczycielka zapytała mnie tylko jak się nazywam, skąd przyjechałam i czy podoba mi się Słodki Amoris. Odpowiedziałam, że: nazywam się Jaselle McEvans, przyjechałam z Paryża i tak, podoba mi się szkoła. Na słowo „Paryż” dobiegło mnie zazdrosne westchnienie żeńskiej części klasy. Następnie biolożka poleciła mi usiąść obok srebrnowłosej dziewczyny. Kurczę! Miałam nadzieję, że przez jakiś czas uda mi się pozostać niezauważalną. Wzięłam się jednak w garść i wślizgując się na miejsce obok niej, wyszeptałam:
- Hej. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że tu usiadłam – w odpowiedzi srebrnowłosa szeroko się uśmiechnęła: 
- Żartujesz? Pewnie, że nie mam. Rozalia jestem.
- Jaselle, Jas, Ella, jak kto woli – rozluźniłam się. Wystarczył jeden rzut oka by stwierdzić, że ma przepiękne rysy twarzy i oczy. Wydawało się, że płoną czystym złotem. Nigdy wcześniej nie widziałam podobnych oczu. Oceniłam, że jako przyjaciółka jest lojalna i oddana, ale jeżeli ktoś nadepnie jej na odcisk to potrafi być mściwa i żądna zemsty.
- Jas jest ładnie… Powiedz mi, naprawdę mieszkałaś wcześniej w Paryżu? Jak tam jest? Często chodziłaś pod wieżę Eiffla? Dużo jest butików? – zasypała mnie pytaniami jak z karabinu maszynowego. Cała lekcja minęła nam na rozmowie. Nie zapamiętałam ani słowa z tego co mówiła nauczycielka. 
    Po głowie chodziła mi też myśl, czy Kastiel będzie na mnie czekał. W sumie mogłam poprosić Rozalię o oprowadzenie, ale dopiero co ją poznałam i nie chciałam się jej narzucać. Powinnam była jednak docenić chłopaka, bo czekał pod klasą z kwaśną, bo kwaśną miną, ale czekał. Nie powiem, ucieszyłam się na jego widok. Nie tak jak niektóre głupie nastolatki, co ślinią się na widok nowo poznanego chłopaka. Po prostu zrobiło mi się miło.
    Siedziałam z Rozalią na każdej lekcji. Byłam jej wdzięczna za dotrzymywanie mi towarzystwa. Opowiadała mi o nauczycielach, o ludziach. Dowiedziałam się, że królową szkoły jest niejaka Amber, siostra Nataniela – głównego gospodarza. Ani dziewczyny, ani chłopaka nie miałam okazji poznać. Miałam szczerą nadzieję, że nie będzie mi dane poznać Amber. Nie znosiłam takich osób. Obnosiły się markowymi ciuchami i wysługiwały słabszymi.
    Z Kastielem spędzałam przerwy. Wkurzało mnie jego nastawienie: „Za jakie grzechy muszę ją niańczyć?” Jednak nie dawałam tego po sobie poznać, bo chłopak mnie intrygował. Kończąc lekcje i wychodząc z nim na dziedziniec zauważyłam, że do paska ma przytroczony długopis. Tak, to naprawdę dziwne. Przecież długopis ma każdy. Tylko, że ja potrafiłam stwierdzić, że to tak na serio nie jest długopis. Był to kubotan, czyli narzędzie do samoobrony. Może mieć różną postać. Ja na przykład miałam wersję: breloczek do kluczy. Na jednym końcu zwykle ma metalowe, szpiczaste zakończenie. Końcówkę wbija się we wrażliwe miejsca przeciwnika. 
    Zastanawiało mnie po co Kastielowi kubotan. Nie wyglądał na kogoś, kto boi się chodzić sam ciemną uliczką. Postanowiłam trochę to wybadać. Na dziedzińcu stanęłam przed nim i zapytałam:
- Ej, Kastiel. Zamierzasz tym długopisem atakować sprawdziany z jedynkami?
- Nie twój interes, mała – warknął i schował kubotan do plecaka. Coś mi tu nie grało.
- Nie żartuj. Wiem co to jest. Czemu nie chcesz mi powiedzieć. Ja… – przerwało mi wredne parsknięcie:
- Proszę, proszę. Kogo mu ty mamy. Li, popatrz. To przecież ta nowa. Dawaj kasę, bo jemy dziś na mieście.
- Chyba śnisz, księżniczko – roześmiałam się. Nie dam satysfakcji tej głupiej, pustej lalce. – Jeżeli chciałaś jeść na mieście, to trzeba było sobie pieniążki wziąć z domku. Ktoś ci nie dał biedaczko? Jakże mi przykro – to było bardzo wredne, wiem, ale takie dziewczyny działają mi na nerwy.
- Oj, to nie było miłe – Amber wzięła zamach i już chciała mnie popchnąć, ale zareagowałam błyskawicznie. Złapałam ją za rękę i jednym ruchem obróciłam tyłem do mnie. Drugą ręką przytrzymałam ją lekko za szyję. Tak żeby przestraszyć. Unieruchomionej szepnęłam do ucha:
- Mam czarny pas w krav madze. Mogę jednym uderzeniem złamać ci kręgosłup. Lepiej bądź dla mnie miła – zachowałam się agresywnie, ale chciałam dać jej do zrozumienia, że ze mną się nie zadziera.
    Puściłam ją i Amber szybko pobiegła w stronę szkoły. Na długo nie da mi spokoju, ale może przez jakiś czas będzie trzymała się ode mnie z daleka. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Kastiel patrzy się na mnie z szeroko otwartymi ustami. Już miałam się uśmiechać, kiedy zauważyłam Ich. Trzech mężczyzn w czarnych strojach. Wyglądali trochę jak najarani ninja. Obserwowali mnie cały dzień, a najbardziej czujni byli, kiedy byłam z Kastielem. Zwróciłam mu na to uwagę:
- Kas… Słuchaj… Eee… Czemu ci mężczyźni się na nas gapią?
- Co? Jacy mężczyźni? – odwrócił się i czy mi się wydawało? Czy on pobladł? Położyłam mu rękę na ramieniu, ale strącił ją i podszedł do „ninja”. 
    Obserwowałam ich z niepokojem.  Nie słyszałam ich rozmowy, ale ewidentnie o coś się kłócili. Jeden z trzech wyglądał jakby chciał uderzyć Kastiela. Chłopak coś powiedział i nagle wszyscy, jak jeden mąż odeszli. 
    Już miałam podejść do niego, ale on w dwóch susach znalazł się przy mnie i mocno ścisnął mnie za ramiona, mówiąc:
- Piśnij komuś chociaż słówko o tym co przed chwilą widziałaś, a uczynię twoje życie istnym piekłem.
- Słucham? Czemu mam nie mówić? Kastiel, a jeżeli chcieli ci zrobić krzywdę? I co takiego możesz mi zrobić?
- Lepiej mnie posłuchaj. Powiedzmy, że wiem o tobie coś, co bardzo chcesz ukryć przed wszystkimi – to powiedziawszy odszedł w kierunku swojego lamborghini.
    Zatkało mnie. Skąd on wie? Nikomu tego nie mówiłam. Zmarszczyłam brwi. Chłopak też ewidentnie coś ukrywał. Coś mi tu śmierdziało. I to wcale nie ta psia kupa, w którą przed chwilą wdepnęłam. Muszę to rozgryźć. Muszę odkryć jaką tajemnicę skrywa Kastiel Martinez. Wskazówki mogłam znaleźć tylko w jednym miejscu.

15 września 2013

Rozdział I

Hejo :)
Przychodzę z pierwszym rozdziałem, który szczerze mówiąc jest nudnawy <przynajmniej dla mnie>, ale jako że były to moje początki pisania, proszę o zrozumienie ;P Nie przedłużając, miłego czytania <3


    Idąc do szkoły próbowałam zapomnieć o tym, że to mój pierwszy dzień w liceum o jakże zachęcającej nazwie – "Słodki Amoris". Wyobrażałam sobie to miejsce jako duży, zbudowany w barokowym stylu, różowy budynek. W najgorszym razie miał ozdobne serduszka na murach. Fuj.
    Nie rozumiałam, dlaczego rodzice postanowili przeprowadzić się do innego miasta na drugim końcu kraju. Oczywiście wiązało się z tym zapisanie mnie do nowej szkoły. Owszem, w moim byłym liceum nie było bezpiecznie od kiedy zostały zamordowane dwie dziewczyny, a sprawcami byli uczniowie. Mama prawie umierała ze strachu, kiedy wracałam do domu później niż powinnam. W końcu przerosło ją to i razem z tatą zdecydowała się na przeprowadzkę. Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie to, że z Paryża pojechaliśmy do Nicei. W nowym miejscu czułam się wyobcowana i nie potrafiłam nawiązać z nikim kontaktu. Szansą miała być nowa szkoła.
    W drodze do ogólniaka czytałam książkę i słuchałam rocka. Nic nie poprawiało mi bardziej humoru niż kojące dźwięki zespołów takich jak Di - Rect czy Alter Bridge. Miałam specyficzny gust muzyczny. Lubiłam rock i metal, ale słuchałam także popu i czasami ballad. Często pytano mnie czego słucham, a kiedy wymieniałam różne zespoły nie mające ze sobą nic a nic wspólnego, ludzie wytrzeszczali oczy i odchodzili z dziwnym wyrazem twarzy. Wyzwaniem dla każdego było kupowanie mi płyt na urodziny. To było jak ruletka: „Trafię czy nie trafię”.
    Fabuła książki tak mnie wciągnęła, że nie widziałam gdzie idę. Nagle usłyszałam przeraźliwy pisk opon i poczułam okropny smród palonej gumy towarzyszący gwałtownemu hamowaniu. Przede mną zatrzymało się lśniące, czerwone lamborghini. Głowiłam się, kto może jeździć takim samochodem. Do głowy przychodzili mi tylko miliarderzy i szefowie mafii.
    Z auta wysiadł wysoki, muskularny chłopak z czerwonymi włosami. Na nosie miał Ray – Bany, a na ramiona zarzucił czarną ramoneskę. Byłby przystojny, gdyby rysów twarzy nie szpeciła mu długa, biegnąca od oka do kącika ust blizna. No i może wyraz twarzy. Był zły. Nie, to za mało powiedziane. Był wściekły. Dłonie zacisnął w pięści i zmierzał ku mnie ciężkimi krokami. Szybko wyjęłam słuchawki z uszu.
- Czyś ty zwariowała, idiotko?! – wrzasnął na całą ulicę. Podniosłam na niego oczy i na widok jego miny zdołałam wykrztusić.
- C – co? 
- Kretynko! Stajesz na środku przejścia dla pieszych na czerwonym świetle! Ślepa jesteś, czy co?
- Prze – przepraszam. Nie zauważyłam. – wyjąkałam.
- No tak. Pewnie. Czytasz książkę, słuchasz muzyki i świata Bożego nie widzisz. Na drugi raz myśl co robisz, bo mogłoby się to skończyć dla ciebie gorzej. Dla mnie zresztą też – to powiedziawszy, odjechał, zostawiając mnie całą roztrzęsioną.
    Rozejrzałam się dookoła. Ludzie patrzyli na mnie jak na nienormalną. Nie wytrzymałam i syknęłam:
- Przedstawienie skończone. Do widzenia.
    Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam do szkoły. Kiedy dotarłam na miejsce, zrozumiałam, że moje wyobrażenie o liceum było zupełnie bezpodstawne. Potężny, oszklony budynek z ogromnym dziedzińcem i dobudowaną halą wydawał się być nie szkołą, a jakimś biurowcem.
    Weszłam do środka i zorientowałam się, że nie wiem, co mam teraz zrobić. Przypomniałam sobie instrukcję mamy: „Jaselle, musisz iść do dyrektorki, poprosić o potrzebne dokumenty, jeżeli jakieś nie zostały wypełnione, a potem rozpocząć lekcje.”
    Tak. Znaleźć dyrektorkę? W tym gmaszysku? Niemożliwe. Bez mapy mi się to nie uda.
- Pomóc ci w czymś? – dopóki nie zadano mi tego pytania, nie zorientowałam się, że mówię na głos. Obróciłam się i zobaczyłam wysoką szatynkę o czekoladowych oczach. Wydawała się miła.
- Tak. Nie mogę znaleźć dyrektorki. W sumie to nawet nie próbowałam. – uśmiechnęłam się. – A tak w ogóle to jestem Jaselle, ale wszyscy mówią na mnie Jas lub Ella.
- Miło mi cię poznać. Melania – wyciągnęła rękę, którą chętnie uścisnęłam. – Chodź zaprowadzę cię do dyrektorki. Uwierz mi – poradzisz sobie bez mapy. 
    Poprowadziła mnie długim korytarzem. Myliła się. Bez mapy tutaj zginę. Straciłam rachubę, licząc zakręty i schody. W końcu zatrzymałyśmy się przed mahoniowymi drzwiami opatrzonymi tabliczką: „Dyrektor M. Henderson”. Podziękowałam Melanii i zapukałam.
- Proszę – usłyszawszy zaproszenie, uchyliłam drzwi i wślizgnęłam się do środka. - Dzień dobry. Nazywam się Jaselle McEvans. Jestem nową uczennicą – przerwałam, nie wiedząc, co dodać.
- Ach, to ty. Proszę, tutaj masz plany liceum i obowiązujących zajęć. Na pewno ci się przydadzą. Dokumenty masz skompletowane, niczego nie brakuje. Dobrze. A, byłabym zapomniała. Wyznaczę ci ucznia, który będzie ci towarzyszył przez tydzień. Oprowadzi cię po szkole, pomoże trafić do sal. Idź teraz do biblioteki i przyjdź za 15 minut – dyrektorka uśmiechnęła się do mnie.
- Dziękuję. Do widzenia. – Zgarnęłam z biurka plany i wyszłam.
    Przeszukałam wzrokiem rozmieszczenie sal na planie i odnalazłam gabinet dyrektorki, a zaraz potem bibliotekę. Nie miałam większych trudności ze znalezieniem jej. Znajdowały się na tym samym piętrze. 
    Siedziałam w czytelni i nikt mnie nie zagadnął. Trudno się dziwić. Jestem nowa. Najwyraźniej sama muszę zająć się szukaniem znajomych. Jak na razie poznałam tylko Melanię. No, ale czego ja się spodziewałam…
    Po piętnastu minutach wróciłam do dyrektorki. Nie widziałam żadnego towarzyszącego jej ucznia. Podeszłam do niej i zapytałam:
- Przepraszam… - nie dokończyłam, bo odwróciła się i powiedziała:
- Tak, tak. Chodź za mną.– zaprowadziła mnie na dziedziniec. Zobaczyłam tam czerwonowłosego, który rano wydarł się na mnie. – Jaselle, poznaj proszę Kastiela.

14 września 2013

PROLOG

Witam, witam na drugim blogu :) Mam szczerą nadzieję, że ten również się Wam spodoba. Wszystko wyjaśniłam w ostatniej notce "Sorriny". W razie jakiś pytań odsyłam do zakładki "Kontakt" :) Miłej lekturki :*

    Tonęłam. Z każdej strony otaczała mnie przejrzysta, lazurowa woda. Pomimo że płucom brakowało powietrza i okropnie rwało mnie w klatce piersiowej, nie przejmowałam się dyskomfortem. Wciąż przeżywałam to, jak bardzo go zraniłam. Gdybym mogła, rozpłakałbym się.
    Cały czas miałam przed oczami jego twarz, wzrok przepełniony bólem. W uszach wciąż dźwięczały mi słowa, które wypowiedział...
„Jaselle, jak mogłaś mi to zrobić?”.
    Czułam się jak największa idiotka świata. Nawet nie próbowałam wydostać się na powierzchnię. Chciałam utonąć. Zapomnieć. Pozbyć się wyrzutów sumienia.
    Woda napierała na mnie ze wszystkich stron. Czułam się, jakbym znajdowała się w puszce albo próżni. Do głowy przyszło mi porównanie. Byłam niczym mitologiczny Atlas. On dźwigał na swoich barkach niebo, a ja… Ja borykałam się z poczuciem winy, obciążona dodatkowo ciężarem wody.
    Mocno zaciskałam usta, aby nie dostała się do nich słona woda, jednak niezbyt mi się to udawało. Wystarczyła chwila nieuwagi i... Sól parzyła mi gardło. Desperacko pragnąc uwolnić się od nieprzyjemnego uczucia, charknęłam, wraz z tym pozbawiając się ostatniej porcji tlenu.
    Pomimo że oczy piekły mnie niemiłosiernie, popatrzyłam w górę, na bąbelki powietrza, które wydostały się z moich płuc. Wznosiły się wysoko. Tuż na powierzchnię.
    Na chwilę zatęskniłam za słońcem, za nim… Ale tylko na chwilę. Trwało to może ułamek sekundy. Potem opadły mi powieki i zewsząd otoczyła mnie ciemność.