Wiem, wiem... "Trochę" minęło od ostatniego rozdziału... Nawet nie będę się usprawiedliwiać...
Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że jeszcze ktoś tu zagląda :c
Wpadłam do domu jak burza. Torbę rzuciłam na podłogę i nie ściągając butów, popędziłam w stronę schodów prowadzących do piwnicy. Potykając się, zbiegłam na dół i zatrzymałam się dopiero przed ciężkimi, metalowymi drzwiami.
Wiedziałam, że będę miała ogromne kłopoty, jeżeli ktoś mnie tu nakryje. Mówiąc „ktoś”, mam na myśli mojego ojca. Był to jego tajny pokój. Nikt nie miał prawa do niego wejść. Od czasu przeprowadzki, tata prawie w ogóle nie wychodził ze swojego „gabinetu”.
Dokładnie obejrzałam drzwi. Można było otworzyć je tylko i wyłącznie szyfrem. Przeklęłam w duchu. Dałabym radę go złamać, ale musiałabym zabrać coś z pokoju. Zajęłoby mi to dużo, za dużo czasu. Zerknęłam na zegarek. Była szesnasta. Pamiętając, ze rodzice mieli wrócić koło siedemnastej trzydzieści, zorientowałam się, że mam około półtorej godziny na wykonanie całej akcji. Zacisnęłam zęby i pognałam do sypialni.
W środku panował tzw. artystyczny nieład. Spiesząc się do szkoły zapomniałam pościelić łóżko, a z szafy wywalały się przymierzane w pośpiechu ciuchy. Pokój był duży, przestronny i bardzo jasny. Wrażenie to sprawiały cztery wysokie okna na wschodniej ścianie. Nie miałam zbyt wielu mebli. Szafa, komoda, regał i mała nocna szafka w zupełności mi wystarczały.
Otworzywszy drzwi, swoje kroki skierowałam w stronę łóżka. Za zagłówkiem miałam maleńką wnękę. Trzymałam w niej rzeczy, których raczej nie znajdzie się w pokoju przeciętnej nastolatki. Rzeczy typu śrubokręt, nożyce do cięcia metalu i temu podobne. Przeszukałam wzrokiem „szafkę” i znalazłam to czego szukałam – „Łamacz szyfru”. Załapałam go i wraz ze śrubokrętem szybko zbiegłam na dół.
Tarczę z kodem ostrożnie odkręciłam i podpięłam „dekoder”. Mijały sekundy, a cyferki na liczniku leciały i leciały. Zdenerwowana spojrzałam na zegarek. Godzina. Nagle wyświetlacz rozbłysnął i ukazały się liczby: 2, 5, 7, 6, 7, 8, 9, 5, 0. Drżącą ręką wcisnęłam przyciski i podskoczyłam z radości. W zamku coś zachrobotało i drzwi się otworzyły.
Moim oczom ukazało się najróżniejsze składowisko, broni, sprzętów szpiegowskich, a nawet przebrań. Wiedziałam, że ojciec ma takie rzeczy, ale w życiu bym się nie spodziewała, że w takiej ilości. Ruszyłam ku nożom i rozglądałam się za takim, którego nie wykryje żaden wykrywacz metalu. Szukałam tego jednego, konkretnego. Czytałam etykiety, ale nigdzie go nie było. Panika. Jeżeli tutaj nie znajdę potrzebnych rzeczy to mogę zapomnieć o powodzeniu akcji.
Coraz szybciej przerzucałam broń. Nagle moje ręce natrafiły na obiekt poszukiwań. Pogładziłam czarny metal Karambitu, uśmiechając się pod nosem. Włożywszy nóż z powrotem do pokrowca, przymocowałam go sobie do paska. Zganiłam się w duchu za zapomnianą torbę.
Uradowana pierwszym sukcesem, zaczęłam szukać na sąsiednim regale lornetki daleko zasięgowej i przyciemnianych okularów. Z tym nie miałam większych problemów. Co najwyżej nie mogłam się zdecydować na kolor i model. Wbrew pozorom ja też przejmowałam się takimi rzeczami. Nie byłam tylko hakerką uzbrojoną w broń.
Troszkę więcej trudności sprawiło mi znalezienie podsłuchu i nadajnika GPS. Te maleństwa mogły być wszędzie. Błądziłam wzrokiem po półkach, czytałam informacje, ale nigdzie ich nie było.
- „Spokojnie Jas. Wyluzuj. Musisz się skupić. Na pewno znajdziesz” – usiłowałam dopingować się w myślach. Wzięłam głęboki wdech. Policzyłam do dziesięciu. Chyba pomogło, bo po pięciu minutach znalazłam „pluskwę” i nadajnik.
Obrzuciłam spojrzeniem pokój i stwierdziłam, że nie widać w nim śladów mojej działalności. Dokładnie sprawdziłam, czy na sto procent wszystko wzięłam. Wyszedłszy, mocno zatrzasnęłam drzwi. W zamku coś kliknęło i na wyświetlaczu ponownie wyświetliła się informacja: „Wpisz kod”.
Wróciłam na korytarz i starając się zrobić to możliwie delikatnie, wrzuciłam rzeczy do torby. Zarzuciłam ją na ramię, a w sypialni ukryłam w szafie. Modliłam się, żeby jej rano nie zapomnieć, co przy mojej sklerozie było bardzo możliwe.
***
- Jas, jak ci minął dzień? – zapytała mama stawiając przede mną talerz parującego spaghetti z tuńczykiem, który wprost ubóstwiałam.
- Jak każdy pierwszy dzień w nowej szkole. Jedna wielka niewiadoma – odpowiedziałam nawijając makaron na widelec.
- Ej, na pewno nie było tak źle – cała mama. Zawsze tryska optymizmem. Z reguły poprawia mi to humor, ale nie dzisiaj. Od czasu wizyty w „gabinecie” taty byłam jakaś niespokojna, nerwowa… Mało tego, potwornie zaczęła boleć mnie głowa. Miałam wrażenie jakby ktoś na przemian walił mi w niej młotem pneumatycznym i młotkiem. Myślałam, że zwariuję.
- Mamo, uwierz. To nigdy nie jest miłe.
- Ależ kochanie, nie przesadzaj…
- Ann, daj jej spokój – przerwał mamie tata. – Mam wam coś ważnego do powiedzenia…
Odwróciłam głowę w jego w stronę:
- A co konkretnie?
- Muszę wyjechać na kilka dni. Wzywają mnie do Paryża.
- Do Paryża? Po co? – „Błagam, żeby tylko nie chodziło o jedną z jego akcji”.
- Jednostka mnie potrzebuje – „Boże! Czemu ty nigdy mnie nie słuchasz?!”
Dlaczego?! Dlaczego mój ojciec pracuje w oddziale antyterrorystycznym francuskiej żandarmerii narodowej? Praktycznie nigdy nie mieliśmy spokoju. Co jakiś miesiąc miał misje trwające mniej więcej dwa tygodnie. Do domu wracał posiniaczony lub poraniony. Całe szczęście, że nigdy nie było to coś bardzo poważnego.
Nie mogąc słuchać dalszych wyjaśnień, wstałam od stołu mówiąc:
- Przepraszam, ale źle się czuję. Pójdę się położyć – i nie czekając na odpowiedź rodziców zniknęłam na górze. Do moich uszu dobiegło jedynie zmartwione westchnienie mamy.
***
Goniły mnie trzy zakapturzone postacie. Z prawej i lewej strony mojej głowy śmigały kule z pistoletu. Ledwo nadążałam przed nimi uskakiwać. Było ciemno. Nie wiedziałam, gdzie biegnę. Byle przed siebie. Byle przed nimi. Zarejestrowałam, że jestem gdzieś na totalnym zadupiu. Z jednej strony pola, z drugiej pola. Zachmurzone niebo i brak na nim gwiazd, sprawiały, że wyglądało to jeszcze bardziej przerażająco.
Potykając się o wystające kamienie na ścieżce prułam naprzód. Nie oglądałam się za siebie bojąc się, że zobaczę ich tuż za swoimi plecami. Serce waliło mi w piersi, nogi odmawiały posłuszeństwa. Zapomniałam o podstawowych ruchach w krav madze. Czułam się tak jakby, włączono mi tryb awaryjny, który powtarzał: „Biegnij”.
Nagle zahaczyłam nogą o korzeń i upadłam prosto na twarz. Obróciłam się na plecy z głośnym jękiem. Poczułam jak ktoś chwyta mnie za włosy, ciągnie ku górze, a do skroni przykłada lufę. Kiedy uniosłam głowę, zobaczyłam, że patrzę w ciemnobrązowe oczy Kastiela...
Oblana potem, z głośnym krzykiem usiadłam na łóżku. Cała się trzęsłam i płakałam. Do pokoju wpadła mama i przytuliła mnie mocno, widząc w jakim jestem stanie. Głaszcząc mnie po plecach, szeptała uspokajająco:
- Już dobrze kochanie. To był tylko sen. Już dobrze.
Kiedy się uspokoiłam, mama wyszła z pokoju, posyłając mi po raz drugi w tym dniu zmartwione westchnienie. Położyłam głowę na poduszce i wyczerpana zasnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Weszłaś/wszedłeś = skomentowałaś/eś.
Byłabym wdzięczna KAŻDEJ osobie, która zostawi po sobie jakiś mały, maleńki ślad. Dla Was to kilka słów, a dla mnie kilka kilogramów więcej motywacji :)