Hej, hej :)
Zapraszam na drugi rozdział i mam ogromną prośbę: Jak przeczytacie to skomentujcie, proszę. Chcę zobaczyć, ile osób to czyta. Z góry dziękuję :D
Patrzyłam
na niego jakbym widziała go pierwszy raz w życiu. Tym razem, zamiast grymasu
wściekłości, na jego twarzy był cyniczny uśmieszek. Intuicyjnie wyczuwałam jego
wyraźną niechęć do mnie. Miałam ochotę odwrócić się i pójść sobie dla świętego
spokoju, ale postanowiłam zachować się dojrzale. Nie chciałam też dać po sobie
znać, że mocno wstrząsnął mną swoim porannym wybuchem.
Dyrektorka
nieświadoma napięcia, z szerokim uśmiechem pchnęła mnie w stronę chłopaka.
- Jaselle, to
Kastiel Martinez – już otwierałam usta, aby wyjaśnić jej, że ja już go
poznałam i nie uśmiecha mi się perspektywa całych pięciu dni z tym bufonem.
Jednak kobieta za nic nie dawała mi dojść do słowa. – Cóż, bardzo chciałam,
żeby oprowadzał cię ktoś bardziej odpowiedzialny… – zerknęła z lekko
zmarszczonym czołem na Kastiela -… ale wszyscy mieli już inne plany.
Brzmiało
to bardzo wiarygodnie, ale znałam ludzi i wiedziałam o co tak naprawdę chodzi.
Po prostu nie chcieli niańczyć „nowej”. Czerwonowłosy też nie miał na to najmniejszej
ochoty. To było widać. Zastanawiałam się, dlaczego się zgodził. Moje
przemyślenia przerwała dyrektorka:
- Wybrałam
Kastiela, ponieważ ma kilka grzeszków na koncie i musi odpokutować – nie
mogłam zaprzeczyć. Ktoś z takim wyglądem i blizną, zwłaszcza z taką blizną, na
pewno co nieco nabroił. No, ale nikogo nie można oceniać po pozorach. Mimo to
wiedziałam, że aniołkiem to on nie jest. – Zostawiam was. Kastiel, nie sprowadź
jej na złą drogę, proszę.
W
odpowiedzi chłopak burknął coś cicho i miałam wrażenie, że to nic pochlebnego
na temat dyrektorki i pewnie mój. Kobieta odeszła, ja stałam nie wiedząc co
robić, a Kastiel jak gdyby nigdy nic zapalił papierosa. Mój żołądek
automatycznie wywinął koziołka jak zawsze, kiedy poczułam dym spalonego tytoniu.
Zignorowałam to jednak i rozłożywszy plan lekcji zobaczyłam biologię jako
pierwszą lekcję w sali 18A. Odwróciłam się do chłopaka i zapytałam:
- Dobra, pokaż mi
gdzie jest sala 18A. Konkretniej, pracownia biologiczna.
- A co? Taka tępa
jesteś, że sama nie trafisz? – sarknął.
- „Co za dupek!”
– pomyślałam wzburzona, a na głos powiedziałam:
- Korona ci z
głowy nie spadnie. I wcale nie jestem tępa!
- Czyżby? –
uniósł kpiąco brew. – Ech… Chodź. Tylko się nie zgub, bo ja nie będę cię
szukał. Będziesz musiała radzić sobie sama – i ruszył w stronę szkoły. Ledwo
mogłam za nim nadążyć. Po kilku minutach przystanął przed mahoniowymi drzwiami.
Już odwracał się żeby odejść, ale zatrzymał się i rzucił:
- Będę na ciebie
tutaj czekał po lekcji, skoro już muszę wszędzie z tobą łazić.
- Nie myśl sobie.
Ja też nie jestem szczęśliwa – odparowałam, a potem dotarło do mnie co
powiedział. – A ty? Nie idziesz na zajęcia?
- Chyba śnisz!
Chodzę na lekcję kiedy chcę, a ty nie jesteś moją matką.
- Jak sobie chcesz –
wzruszyłam ramionami i weszłam do klasy.
Natychmiast
wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Zdałam sobie sprawę, że jestem spóźniona i
czeka mnie koszmar przedstawiania się przed tymi ludźmi. Na moje szczęście
nauczycielka zapytała mnie tylko jak się nazywam, skąd przyjechałam i czy
podoba mi się Słodki Amoris. Odpowiedziałam, że: nazywam się Jaselle McEvans,
przyjechałam z Paryża i tak, podoba mi się szkoła. Na słowo „Paryż” dobiegło
mnie zazdrosne westchnienie żeńskiej części klasy. Następnie biolożka poleciła
mi usiąść obok srebrnowłosej dziewczyny. Kurczę! Miałam nadzieję, że przez
jakiś czas uda mi się pozostać niezauważalną. Wzięłam się jednak w garść i
wślizgując się na miejsce obok niej, wyszeptałam:
- Hej. Mam
nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że tu usiadłam – w odpowiedzi
srebrnowłosa szeroko się uśmiechnęła:
- Żartujesz?
Pewnie, że nie mam. Rozalia jestem.
- Jaselle, Jas,
Ella, jak kto woli – rozluźniłam się. Wystarczył jeden rzut oka by stwierdzić,
że ma przepiękne rysy twarzy i oczy. Wydawało się, że płoną czystym złotem.
Nigdy wcześniej nie widziałam podobnych oczu. Oceniłam, że jako przyjaciółka
jest lojalna i oddana, ale jeżeli ktoś nadepnie jej na odcisk to potrafi być
mściwa i żądna zemsty.
- Jas jest
ładnie… Powiedz mi, naprawdę mieszkałaś wcześniej w Paryżu? Jak tam jest?
Często chodziłaś pod wieżę Eiffla? Dużo jest butików? – zasypała mnie pytaniami
jak z karabinu maszynowego. Cała lekcja minęła nam na rozmowie. Nie
zapamiętałam ani słowa z tego co mówiła nauczycielka.
Po
głowie chodziła mi też myśl, czy Kastiel będzie na mnie czekał. W sumie mogłam
poprosić Rozalię o oprowadzenie, ale dopiero co ją poznałam i nie chciałam się
jej narzucać. Powinnam była jednak docenić chłopaka, bo czekał pod klasą z
kwaśną, bo kwaśną miną, ale czekał. Nie powiem, ucieszyłam się na jego widok.
Nie tak jak niektóre głupie nastolatki, co ślinią się na widok nowo poznanego
chłopaka. Po prostu zrobiło mi się miło.
Siedziałam
z Rozalią na każdej lekcji. Byłam jej wdzięczna za dotrzymywanie mi
towarzystwa. Opowiadała mi o nauczycielach, o ludziach. Dowiedziałam się, że
królową szkoły jest niejaka Amber, siostra Nataniela – głównego gospodarza. Ani
dziewczyny, ani chłopaka nie miałam okazji poznać. Miałam szczerą nadzieję, że
nie będzie mi dane poznać Amber. Nie znosiłam takich osób. Obnosiły się
markowymi ciuchami i wysługiwały słabszymi.
Z
Kastielem spędzałam przerwy. Wkurzało mnie jego nastawienie: „Za jakie grzechy
muszę ją niańczyć?” Jednak nie dawałam tego po sobie poznać, bo chłopak mnie
intrygował. Kończąc lekcje i wychodząc z nim na dziedziniec zauważyłam, że do
paska ma przytroczony długopis. Tak, to naprawdę dziwne. Przecież długopis ma
każdy. Tylko, że ja potrafiłam stwierdzić, że to tak na serio nie jest
długopis. Był to kubotan, czyli narzędzie do samoobrony. Może mieć różną
postać. Ja na przykład miałam wersję: breloczek do kluczy. Na jednym końcu
zwykle ma metalowe, szpiczaste zakończenie. Końcówkę wbija się we wrażliwe
miejsca przeciwnika.
Zastanawiało
mnie po co Kastielowi kubotan. Nie wyglądał na kogoś, kto boi się chodzić sam
ciemną uliczką. Postanowiłam trochę to wybadać. Na dziedzińcu stanęłam przed
nim i zapytałam:
- Ej, Kastiel.
Zamierzasz tym długopisem atakować sprawdziany z jedynkami?
- Nie twój
interes, mała – warknął i schował kubotan do plecaka. Coś mi tu nie grało.
- Nie żartuj.
Wiem co to jest. Czemu nie chcesz mi powiedzieć. Ja… – przerwało mi wredne
parsknięcie:
- Proszę, proszę.
Kogo mu ty mamy. Li, popatrz. To przecież ta nowa. Dawaj kasę, bo jemy dziś na
mieście.
- Chyba śnisz, księżniczko – roześmiałam się. Nie dam satysfakcji tej głupiej, pustej lalce.
– Jeżeli chciałaś jeść na mieście, to trzeba było sobie pieniążki wziąć z
domku. Ktoś ci nie dał biedaczko? Jakże mi przykro – to było bardzo wredne,
wiem, ale takie dziewczyny działają mi na nerwy.
- Oj, to nie było
miłe – Amber wzięła zamach i już chciała mnie popchnąć, ale zareagowałam
błyskawicznie. Złapałam ją za rękę i jednym ruchem obróciłam tyłem do mnie.
Drugą ręką przytrzymałam ją lekko za szyję. Tak żeby przestraszyć.
Unieruchomionej szepnęłam do ucha:
- Mam czarny pas
w krav madze. Mogę jednym uderzeniem złamać ci kręgosłup. Lepiej bądź dla mnie
miła – zachowałam się agresywnie, ale chciałam dać jej do zrozumienia, że ze
mną się nie zadziera.
Puściłam ją i
Amber szybko pobiegła w stronę szkoły. Na długo nie da mi spokoju, ale może
przez jakiś czas będzie trzymała się ode mnie z daleka. Odwróciłam się i
zobaczyłam, że Kastiel patrzy się na mnie z szeroko otwartymi ustami. Już
miałam się uśmiechać, kiedy zauważyłam Ich. Trzech mężczyzn w czarnych
strojach. Wyglądali trochę jak najarani ninja. Obserwowali mnie cały dzień, a
najbardziej czujni byli, kiedy byłam z Kastielem. Zwróciłam mu na to uwagę:
- Kas… Słuchaj…
Eee… Czemu ci mężczyźni się na nas gapią?
- Co? Jacy
mężczyźni? – odwrócił się i czy mi się wydawało? Czy on pobladł? Położyłam mu
rękę na ramieniu, ale strącił ją i podszedł do „ninja”.
Obserwowałam
ich z niepokojem. Nie słyszałam ich rozmowy, ale ewidentnie o coś się
kłócili. Jeden z trzech wyglądał jakby chciał uderzyć Kastiela. Chłopak coś
powiedział i nagle wszyscy, jak jeden mąż odeszli.
Już
miałam podejść do niego, ale on w dwóch susach znalazł się przy mnie i mocno
ścisnął mnie za ramiona, mówiąc:
- Piśnij komuś
chociaż słówko o tym co przed chwilą widziałaś, a uczynię twoje życie istnym
piekłem.
- Słucham? Czemu
mam nie mówić? Kastiel, a jeżeli chcieli ci zrobić krzywdę? I co takiego możesz
mi zrobić?
- Lepiej mnie
posłuchaj. Powiedzmy, że wiem o tobie coś, co bardzo chcesz ukryć przed
wszystkimi – to powiedziawszy odszedł w kierunku swojego lamborghini.
Zatkało
mnie. Skąd on wie? Nikomu tego nie mówiłam. Zmarszczyłam brwi. Chłopak też
ewidentnie coś ukrywał. Coś mi tu śmierdziało. I to wcale nie ta psia kupa, w
którą przed chwilą wdepnęłam. Muszę to rozgryźć. Muszę odkryć jaką tajemnicę
skrywa Kastiel Martinez. Wskazówki mogłam znaleźć tylko w jednym miejscu.