I zapraszam na czwarty rozdział ;)
Wybitnie szybko się pojawił jak na mnie ^^
Następnego dnia ciężko zwlokłam się z łóżka i
powłócząc nogami poszłam do łazienki. Popatrzyłam w lustro, odbijała się w nim
pociągła twarz otoczona miodowozłotymi falami. Błękitne oczy w oprawie gęstych,
czarnych rzęs, dzisiaj były czerwone i zapuchnięte. Sine wory, przywodziły na
myśl wampira.
Odkręciłam zimną wodę pod prysznicem. Nic nie budzi
mnie bardziej od porannego orzeźwiającego prysznica. Stałam pod lejącym się
strumieniem i usiłowałam odepchnąć od siebie wspomnienia nocnego koszmaru. Na
nic mi to było, bo one uparcie wracały jak bumerang. Nie wierzyłam w prorocze
sny, ale ten był tak realistyczny… Po policzku spłynęła mi jedna łza. Kastiel,
pistolet, ja… Tego było już za wiele.
Myśląc o chłopaku, przypomniałam sobie o dzisiejszej
akcji. Owinięta puchatym ręcznikiem, wpadłam do pokoju. Z szafy wyjęłam czarne,
metaliczne rurki. Do tego dopasowałam również czarną, ale wyszywaną maleńkimi
srebrnymi koraliczkami tunikę. Na nogi założyłam kozaki na sześciocentymetrowej
szpilce. Przy moim wzroście – metr pięćdziesiąt sześć – wysoki obcas był
wskazany. Sprawiałam wrażenie starszej. Nie przejmowałam się tym, czy będę
miała w szkole problemy tak ubrana. Widziałam dziewczyny, który były bardziej
nieodpowiednio ubrane. Na ramię zarzuciłam torbę i znalazłam się na dole moim
ulubionym sposobem – zjechałam po poręczy.
Rodziców już nie było, więc nie przejmując się
śniadaniem, złapałam rogalika i butelkę soku pomarańczowego. Sok wrzuciłam do
torby, a croissanta zjadłam w biegu. Zatrzymałam się przed drzwiami do garażu.
Nadal nie byłam pewna, czy powinnam to zrobić, ale machnęłam ręką i weszłam do
środka. Mijałam volvo, mercedesy, a nawet jedno porsche. Nie zwracałam na nie
uwagi – kierowałam się w stronę lśniącego, czarnego Harleya Davidsona. Na głowę
włożyłam kask i z głośnym warkotem wyjechałam z garażu.
Czułam się cudownie, pędząc tak po drodze. Wstające
spod kasku włosy, rozwiewał mi wiatr. Zawsze miałam wrażenie, że jestem wolna,
jadąc motorem. Mimo to, byłam niespokojna. Bałam się, że nie uda mi się
dowiedzieć czegoś o Kastielu.
Zahamowałam przed szkołą, zamiatając kołem. Zdjęłam
kask i odrzuciłam włosy do tyłu. Kluczyki schowałam w kieszeni. Zauważyłam, że
czerwonowłosy stoi przed wejściem, przyglądając mi się. Już wiedziałam jak
przypnę mu podsłuch i nadajnik. Było to upokarzające, ale musiałam spróbować.
Podeszłam do chłopaka z szerokim uśmiechem. Stanąwszy
przed nim, rzuciłam mu się na szyję, wołając:
- Kastiel! Cieszę się, że cię widzę – za kołnierzyk koszulki wpięłam
„pluskwę”. GPS nie zdążyłam, bo chłopak odepchnął mnie mocno. Złapał moją rękę
i zaciągnął na pusty korytarz. Zatrzymawszy się, puścił mnie i skrzyżował ręce
na piersi. Patrzył wyczekująco, czekając aż sama wytłumaczę się z tego co
zrobiłam. Ja wpatrywałam się twardo w jego oczy. Żadne z nas nie chciało
ustąpić. W końcu Kastiel nie wytrzymał i krzyknął:
- Co ty sobie myślałaś?! Co to miało być?
- Nic. Ja tak tylko… Po prostu się ucieszyłam na twój widok – w głębi ducha
śmiałam się z całej sytuacji. On nie miał pojęcia, dlaczego to zrobiłam i ile
mnie to kosztowało.
- Ty, ty... – nie usłyszałam co dalej chciał mi powiedzieć, bo poczułam
ostry ból głowy. Przed oczami zrobiło mi się ciemno i osunęłam się na ziemię.
***
Kiedy się ocknęłam, ktoś przykładał mi coś zimnego i
mokrego do głowy. Obok mnie siedział Kastiel ze zdziwioną miną, a nade mną
pochylała się para złoto – turkusowych oczu. To nie tak, że były turkusowe ze
złotymi punkcikami. Jedno oko było złote, a drugie turkusowe. Miały w sobie
jakiś magnetyzm. Nie mogłam oderwać od nich wzroku.
- Boli cię jeszcze głowa? Jak się czujesz? – ten melodyjny głos sprawiał,
że prawie się rozpływałam jak roztopione lody. Z trudem przestałam wpatrywać
się w jego oczy i przeniosłam wzrok na całą twarz. Ujrzałam kwadratową, męską
szczękę i białe włosy. Był nieziemski. Nie mogłam wydobyć z siebie słowa.
Usłyszałam wredne parsknięcie Kastiela:
- Ej, Lys. Nie wpatruj się w nią tak, bo znowu odleci… – Lysander. Roza
chyba coś o nim wspominała, ale w tej chwili nie mogłam przypomnieć sobie co.
- Przepraszam cię bardzo. Nie wiedziałem, że stoisz za drzwiami. – Ach, a
więc to on był winny mojego omdlenia. Wstałam i zachwiałam się. Lysander od
razu przytrzymał mnie żebym nie upadła.
- Nie, nie szkodzi. Nie mogłeś wiedzieć – nie mogłam się na niego gniewać.
- Mimo to i tak przepraszam. Powinienem uważać.
- Spokojnie, nie wytoczę ci procesu – uśmiechnęłam się. – A tak à propos,
to ile byłam nieprzytomna?
- Nie martw się. Zdążysz na lekcje kujonku – wtrącił się Kastiel. – Chodź.
Zaprowadzę cię do klasy. Tylko nie mdlej po drodze.
Westchnęłam i ruszyłam za chłopakiem. Odwróciłam się
jeszcze do białowłosego i powiedziałam:
- Dzięki za pomoc. Może się jeszcze zobaczymy – to powiedziawszy, pobiegłam
za oddalającym się Kastielem.
Zastanawiało mnie skąd czerwonowłosy wie, gdzie mam
lekcję, ale postanowiłam nie zaprzątać sobie tym głowy. Przechodząc obok
biblioteki zauważyłam Melanię. Pomachałam do niej, a ona w odpowiedzi podbiegła
do mnie i szarpnęła za rękę.
- Jas, Nataniel cię wzywa. Nie jest zadowolony. Coś narobiła? Nigdy nie
widziałam go w takim stanie.
- Ja? Nic. Nie wiem o co mu chodzi – popatrzyłam zdziwiona na Kastiela, a
ten tylko wzruszył ramionami z miną mówiącą: „To nie ja. Na mnie nie patrz.” Ze
zmarszczonym czołem dałam się prowadzić Melanii. Przed drzwiami do pokoju
gospodarzy przytuliła mnie mocno i szepnęła:
- Trzymaj się.
Odetchnęłam głęboko i zapukałam. Odpowiedziało mi
ostre „Proszę”. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Za jasnym biurkiem
siedział niebieskooki blondyn, w perfekcyjnie wyprasowanej koszuli i błękitnym
krawacie. Brakowało mu tylko okularów i wyglądałby jak dyrektor. Stanęłam
naprzeciw niego zakładając ręce na piersi. Nic nie zrobiłam, więc może mnie
tylko pocałować w miejsce, gdzie plecy trącą swą szlachetną nazwę. Nataniel
wstał i oparł ręce na blacie i wycedził:
- Co to miała być za akcja wczoraj?
- Nie wiem o czym mówisz. Ja nic nie zrobiłam
- Dobrze wiesz o co mi chodzi. O Amber i to jak ją potraktowałaś.
- Amber? O Amber?! Człowieku, czy ty wiesz co ona chciała mi zrobić? –
wybuchłam. Ten gość nie wie co wyprawia jego siostrzyczka.
- Nie wiem co chciała zrobić tobie, ale wiem, że ty chciałaś ją udusić.
- Jesteś zaślepiony! To była obrona własna i nie miałam zamiaru jej dusić.
Przytrzymałam ją tylko, bo inaczej popchnęłaby mnie. Radzę ci trochę bardziej
zainteresować się tym co wyprawia twoja siostra, a nie szukać winnych w całej
szkole.
- Jeszcze jedno słowo i cię zawieszę. Obiecuję. Na razie masz upomnienie.
Obym cię więcej nie musiał wzywać – zabrzmiało to jak groźba.
Wkurzona wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami. O
ścianę opierał się Kastiel. Na mój widok rozpromienił się. Wyczułam, że to może
być moja ostatnia szansa na przyczepienie nadajnika. O którym tak szczerze
mówiąc trochę zapomniałam. Podeszłam do niego i zaczęłam monolog, żywo
gestykulując:
- Jak ja go nienawidzę! Jak go nie cierpię! Głupi ważniak. Myśli, że
wszystko mu wolno. I ta jego siostrzyczka nie lepsza. Idealnie do siebie
pasują. Mam. Go. Serdecznie. Dość! – przy słowie „Dość” walnęłam Kastiela w ramię,
przyczepiając GPS.
- Auu. Nie musisz się na mnie wyżywać – mówiąc to rozmasowywał sobie ramię.
– Lepiej chodź już do klasy, bo uszkodzisz kogoś. Na przykład mnie.
Cały dzień chodziłam wzburzona i wściekła. Nawet
Rozalia trzymała się ode mnie z daleka. Nauczyciele nie pytali mnie o nic bojąc
się, że wybuchnę. Skończywszy zajęcia, zaczekałam aż Kastiel wsiądzie do
swojego wozu. Na kierownicę motoru przyczepiłam mały ekranik, który pokazywał
mi trasę chłopaka. Jadąc tak za nim myślałam o Natanielu. Wydawał się takim
kujonkiem. Grrr… Wkurzył mnie na maksa. Zacisnęłam ręce mocniej na kierownicy
tak, że pobielały mi kłykcie.
Nagle GPS zaczął pulsować. Chłopak dojechał. Dojechał
do olbrzymiego kasyna. Nad wejściem był napis świecący co chwilę innym kolorem
„Casino Ruhl”. Kasyno? Co on tu robi? Przecież nie jest pełnoletni. Mimo to
wszedł bez problemu. Powiedział tylko coś do bramkarza, a ten od razu otworzył
przed nim drzwi.
Zaparkowałam motor. Całe szczęście, że mieszkając
jeszcze w Paryżu znajomy wyrobił mi lewy dowód. Podeszłam do ochroniarza, który
na mój widok oblizał wargi.
- Pani do nas? Poproszę o dowód.
- Oczywiście. Już daję – pogrzebałam w torbie. Wyciągnęłam dowód, na którym
było moje zdjęcie, a obok niego nazwisko Barnes. Niewyszukane. Proste.
- Pani Emily Barnes? Proszę – odetchnęłam z ulgą. Bramkarz otworzył przede
mną drzwi. Zdążyłam tylko zobaczyć jak Kastiel znika w jakiejś osobnej sali.
Usiadłam przy stoliku i zamówiłam Martini wstrząśnięte, niemieszane. Nie bez
powodu. Czułam się jak James Bond. Tylko, że w wersji żeńskiej i młodszej.
Włożyłam słuchawkę do ucha i słuchałam. Najpierw był
szum, chrobot, a potem usłyszałam słowa, które sprawiły, że zamarłam:
- Chłopaki, musimy pozbyć się tej nowej z liceum.
Nataniel…?!
Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to widzę. :D Jeszcze nie przeczytałam, zaraz się wezmę. :3
OdpowiedzUsuńEDIT: Dobrze, wszystko ok, na początku myślałam, że ten blog będzie pisany w typowo szkolnym klimacie (Uznałam, że prolog może być snem, metaforą). A tu jednak nie. Kurczę, czy ty za każdym razem musisz mi zaostrzać chrapkę na kolejny rozdział. Znowu ciekawość będzie mnie zżerać przez nie wiadomo jak długi okres czasu. .o.
Nominuję cię do Liebster Blog Awards więcej informacji tutaj :) http://percy-and-annabeth-story.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń